Początki sanatoryjnych podróży…


To był rok 1998.  Debiutancki wyjazd jako kuracjusza. Niewiele ponad rok po wystąpieniu pierwszych objawów jamistości – choć jeszcze nie wiedziałem, że to jest to cholerstwo! – dostałem skierowanie do sanatorium. I od razu do samego, słynnego Ciechocinka. Trafiłem do sanatorium Polex-Ruch, przy ul. Lorentowicza 4 (obecnie w tym budynku znajduje się sanatorium MAX, a „moje” zostało przeniesione pod inny adres). Termin bardzo przyjazny, bo środek lata, na przełomie lipca i sierpnia. Będąc zupełnym żółtodziobem wśród kuracjuszy, nie orientując się w procedurach sanatoryjnych, wszystko było dla mnie nowe. Inna też była wtedy moja sytuacja zdrowotna. Chodziłem samodzielnie, choć spastyczność nóg wyraźnie mi w tym przeszkadzała. Pewnie dlatego, otrzymałem pokój na drugim piętrze, a budynek pozbawiony był windy. 😉

Sam pokój, jak na tamte czasy, standardowy, wyposażony w telewizor, o dostępie do Internetu niewiele wiedziałem, to i tam nic z tych rzeczy… :mrgreen:  Łazienka też nie sprawiała kłopotów, bo i ja byłem ruchawy. Aha, był balkon, nieduży, ale na świat się spojrzało. Spora była stołówka, stolik mój znajdował się na końcu tego pomieszczenia (także też nachodziłem się), a jadłospis smaczny. W budynku była też ogromna świetlica, z… telewizorem i fotelikami. W dzisiejszych czasach chyba już niespotykane zjawisko. Świetlice pewnie zamienione na kaplice… 😉

I najważniejsza część pobytu sanatoryjnego – zabiegi. Większość ich miałem w innym budynku. Na miejscu miałem tylko masaż klasyczny i fizykoterapię, czyli popularne „prądy”. 🙂 Pozostałe zabiegi: kąpiel w basenie solankowym, ćwiczenia na sali gimnastycznej, odbywały się w pobliskim szpitalu uzdrowiskowym (chyba, bo już pamięć zawodzi). Także codziennie miałem spacery, mimo że kosztowało mnie to sporo wysiłku. Z tych ćwiczeń zapamiętałem starszą, niesympatyczną panią rehabilitantkę, która skutecznie zniechęcała mnie do przychodzenia na nie. Duża sala gimnastyczna też robiła wrażenie, choć teraz, z perspektywy tych wszystkich lat i wyjazdów, jest ono zdecydowanie mniejsze. No i strasznie tłoczno było na basenie solankowym, dosłownie „tyłek koło tyłka”.  😀 Pewnie dlatego, że sama niecka basenu była niewielka.

Sporym minusem tego pobytu był brak samochodu. Tak się złożyło, że auto odjechało do Skarżyska, a ja wraz z opiekunem (mój tata) zostaliśmy mniej mobilni w Ciechocinku. Dlatego niewiele zwiedziłem samodzielnego uzdrowiska, lecz teraz po kilku latach przyszła refleksja, że były przecież inne sposoby przejechania się po kurorcie. W efekcie 18 lat temu mało widziałem punktu kulminacyjnego Ciechocinka, czyli Tężni Solankowych. Te zaległości nadrobiłem dopiero w tym roku, przebywając w Aleksandrowie Kujawskim. Tu znajdziesz więcej informacji o tym wyjeździe: link.

Nie zobaczyłem też Festiwalu Piosenki i Kultury Cygańskiej, który akurat trwał w tym czasie. Ale zaliczyłem pierwszy wyjazd sanatoryjny, zebrałem pierwsze doświadczenia. A kolejny taki trafił się dopiero w 2003r., do Buska-Zdroju, w „Nidzie Zdrój”, ale o tym w następnym odcinku.

W moim rankingu wszystkich ośrodków, gdzie poddałem się rehabilitacji, Polex-Ruch na tę chwilę plasuje się na 10. pozycji.

Pierwszy pobyt w sanatorium - Ciechocinek 1998r.

Pierwszy pobyt w sanatorium – Ciechocinek 1998r.